Łucznicy



Nad miastem powoli rozlewał się granatowozielony ocean nocy. Jego przybój zalewał resztki truskawkowej plaży, pełnej tęczowych jednorożców, cukrowej waty na patyku i plastikowych pomarańczowych wiaderek, szpadelków i foremek do piasku. Ciemnochmurzaste wieloryby ociężale, majestatycznie przepływały tuż pod powierzchnią fal zalewających szczerbaty miejski widnokrąg. Szaleńczo optymistyczny wędkarz usiłował bezskutecznie łowić je na zimny haczyk księżyca. 

Z dziennych kryjówek zaczęli wychodzić pierwsi nocni łucznicy. Każdy z nich zajął swoje stałe  miejsce przy ulubionej linii tramwajowej, stanął na pewnie rozstawionych nogach i w przewody trakcji jął wypuszczać swoje świetlne strzały. Pędziły jedna za drugą po czarnych przewodach - srebrne, złote, czerwone, czasami niebieskie. Leciały jedne szybciej, drugie wolniej, wyprzedzały się, czasami nawet wstrzymywały na moment swój bezgłośny lot lub rozpływały się w blasku gwałcących ciemność latarń. Chwilę potem mknęły znów dalej po swojej napowietrznej elektrycznej trasie.

Szyły powietrze we wszystkich kierunkach, naprzeciw siebie, raz, raz, lub zgodnie w jedną stronę świetlna smuga za świetlną smugą. Więzły najczęściej niegroźnie w koronach drzew albo grzechotały opadając po dachach, w dół, ku rynnom. Jednak czasem trafiały nieszczęśliwie w serca zakochanych, raniły nogi menelom przeszukującym śmietniki na przystankach, dziurawiły nieskasowane bilety i tłukły puste butelki po wódce.

Nad ranem łucznicy zmęczeni, ale zadowoleni, pozdrawiając się wzajemnie wracali do swoich ukrytych domów, czekać następnego zmierzchu.

Komentarze

Popularne posty