Numery
I dlaczego to tak? No dlaczego tak? Że wszystko na nie, że
wszystko źle, że ble?
I ona mi wtedy mówi, że ja to całkiem be i on ma motocykl i ją
przewiezie nim, motorem swym. To ja jej na to, że jak by tam była na tym
ścigaczu blacha, to bym powiedział, że jest z niej blachara stara, ale tam
plastik tylko, fantastik i jesteś w razie takim, wszelakim plasticzara, plastikara.
Lecisz na z plastiku zabawki, zajawki z
tobą w łóżku zabawki i że się tak dajesz, to u mnie szacunek tracisz i mnie nie
przekabacisz płaskim swym cyckiem, portfela mego wyzyskiem, i leć niech ci
pokaże swą rurę wydechową, nie nową, pewnie ze szrotu złomu pełnego, leć więc
do niego.
I ona wtedy wyleciała, drzwiami trzasnęła i jeszcze
bluznęła, bluzgiem, przebluzgiem, śluzgiem, aż tapeta zżółkła, kwiaty w
doniczce zżółkły, ja zżółkłem, żarówka zżółkła i już był koniec, the end, nic a
nic, pic.
I tak siedzę, się trochę biedzę, a tu jeszcze niepopłacone i
mieszkanie, i prądy, i gazu swądy, ale jeszcze nic, nie pyta się nikt nic, i jeszcze
mamony nie woła, nie brzęczy żadna pszczoła, ani mucha – „gdzie twa kapucha?”,
i w sumie całkiem miło się zjeżdża na ryło, i choć tam w dole katastrofa, to
wciąż miękka sofa, ale i tak rozkwaszę nocha, ale jeszcze nic, nic.
I tak siedzę, ale jednak wstaję i zejdę w dół na chodników
rozstaje, cóż mi pozostaje, zejdę, przejdę, coś obejdę, czas minie, przepaść
będzie bliżej, ja niżej, ale to nic.
I schodzę i mam zamiar krążyć, w powietrzu tunele drążyć, a
tu na ławce znajoma sylweta, nie potrzebna luneta, da się rozpoznać z daleka,
człowieka, Behemota kumpla starego, dużego, stukilowego, druha miłego.
I tak podchodzę do niego i gadam: „Witaj Behemocie, stary
kocie, podłóg łoskocie, cóż tak siedzisz na tej twardej kanapie? Drzazga cię
żadna w tyłek nie drapie?” Ale on tak wzrok na mnie podnosi taki, dziwnoraki,
sprawa jakaś poważna trykła go w bok jeden albo drugi, może znów długi, nie ma
na szlugi, portfel może zagubił? „Behemotku, mój bracie, kamracie w kabacie,
cóż cię gryzie, co trapi, cóżeś taki niedzisiejszy, smutniejszy? Nie takim cię
ostatnio widziałem, pamiętałem, wieczorami wspominałem”.
I on wzrok na mnie osobliwy podnosi, źrenice unosi i głosi:
- Stary! Numery widzę, z Dorotą się pokłóciłem.
- Stary! Numery widzę, z Dorotą się pokłóciłem.
I to ja mu: „Braciszku w kieliszku, rozumiem cię wcale, jak
w kabale mówisz, sens gubisz, się ze mną czubisz?”
- Bo to tak było – powiada – Dorota wczoraj wraca wieczorem z
torbami takimi różnymi, ledwo to targała, to ja się pytam co tam znowu nakupiła,
bo mieli przecież oszczędzać, żeby na wczasy starczyło. A ona, że promocje,
wyprzedaże były akurat w galerii i to wszystko tanie bardzo było i to wstyd nie
brać jak prawie darmo dają i tylko sto pięćdziesiąt wydała za dobro to całe. I
mnie wtedy cyfry jakieś przed oczami stanęły i krzyczę: „Pięćset trzydzieści
sześć, osiemdziesiąt wydałaś, a nie sto pięćdziesiąt, co mnie tu kłamiesz!” I
ja ci mówię nie wiem skąd mnie to się w głowie pojawiło, to jakby mi kto ten
paragon w mózg wsadził. A ta zaniemówiła i aż zbladła. I krzyczy skąd ja to
wiem, i że ją śledziłem, i ona tak sobie nie pozwoli, i się awantura zrobiła,
bo sobie jeszcze parę spraw nawy ciągaliśmy i poszła sobie, i telefonów nie
odbiera.
„Uuu – mówię – stary, podobna u mnie sytuacja, totalna uczuć
deprywacja, pociąg miłości odjechał, pusta kolejowa stacja. Ale cóż ty za wizje
masz numerowe, nietypowe, to widać niezdrowe?”
- Jak już potem ochłonąłem, to usiadłem i myślałem co to
było z tym paragonem, że ja wiedziałem ile to było, bo to przecież nienormalne
żeby wiedzieć. Ani nic nie piłem dużo ostatnio, ani nic nie paliłem, porządny
jak świnia byłem ci mówię. I tak siedziałem i złapałem gazetkę z marketu, co na
stole leżała, i tak pomyślałem, czy zgadnę jakie są ceny na ostatniej stronie –
a na przednią patrzyłem tylko! I mi się hyc – pojawiły cyferki w łbie. Odwracam
gazetkę – patrzę i zgadza się! Na innych stronach popróbowałem i to samo. Hyc i
mi numerki się pokazują. Ale tylko numery, żadnych literek, wyrazów, nic.
„To żeś Behemotku jakiego dostał jasnowidzenia, umysł twój wyszedł
z cienia, ja z zadziwienia wyjść nie umiem, też nic nie kminię, może paragon
winien, szok jaki od kwoty, to nie głupoty taka suma można zejść z uma.”
- Masz tu kartkę i długopis, i pisz liczby, a ja ci będę
zgadywał.
I kartkę grapię, i pisak w łapie, i numery zapodaję, co mi
tam w myśli staje, tak co by nie widział, nie przewidział, nie przeczytał, może
łachmyta żarty sobie ze mnie jakie jednak stroi, się nie boi. To skrobię na
papierze sobie.
- Dwadzieścia cztery - - sto dwadzieścia dziewięć - - trzysta czterdzieści
tysięcy siedemset trzydzieści osiem.
I ten skubany to prawdę jednak gada, żadna rada, uwierzyć
trzeba, jak w boga z nieba. I tak mi w głowie koncepcje różne stają, powstają,
bo to przecież dar niecotygodniowy, całkiem nowy, może do wykorzystania, na pieniądze
przerabiania, w dochody porastania.
„Behemocie, mój kumie, w rozumie może ty masz moc w bogactwa
jakiego porastania? Jakbyś numery w Lotto zgadł, to byś chodził w miliony
obłożony, kasa w każdej kieszeni, los by się odwrócił, piosenki byś tylko
nucił.”
- Tak myślałem też o tym, ale to musi być gdzieś już
napisane, czy wydrukowane, bo ja wtedy widzę, a inaczej to nie…
I tu mnie nagle olśniło, myśl przyszła jasna, nieciasna,
całkiem szeroka, z wysoka zobaczyłem doliny mamoną zasłane, banknotami zalane.
„Behemotku kochany, mój braciaszku, bez obciaszku możemy iść takie zdrapki kupić, tam cyferki pod farbką schowane, skitrane, darem swoim przepatrzysz, które odkryć, które mają zostać przed światem schowane, a pieniądze wygrane, kumplowi swemu za ideę wspaniałą częściowo darowane.”
„Behemotku kochany, mój braciaszku, bez obciaszku możemy iść takie zdrapki kupić, tam cyferki pod farbką schowane, skitrane, darem swoim przepatrzysz, które odkryć, które mają zostać przed światem schowane, a pieniądze wygrane, kumplowi swemu za ideę wspaniałą częściowo darowane.”
I tak on się zajarzył, rozmarzył, uśmiech mu wrócił na
twarzy.
- A to chodźmy do kiosku po drugiej sprawdzić!
I ruszył swe cielsko opływowe, kaszalotowi i na nogi stanął
z łydkami jak arbuzy i idziemy, opuszczam kaptur bluzy i do ulicy się zbliżamy,
i już przejście, i już kiosek przed nami, a on głowę do mnie obraca, się zwraca.
-Ty wiesz? Dziwne… Widzę w głowie jaśniejące siedemdziesiąt pięć
nagle.
I Behemot nogę na pasy szybko stawia, się nie zastanawia,
czy jedzie co czy nie, a tu wtem klaksonu kwik i chyba będzie źle, autobusu
żółto czerwony plik, linia 75, i łup, i Behemota rzuciło pod słup, i trup…
Okazało się, że jednak nie trup – przeleżał dwa miesiące w
szpitalu, ale się wylizał. Dorota do niego wróciła, a on sam przestał po
wypadku mieć wizje liczb.
I bywa tak, i bywa siak.
Komentarze
Prześlij komentarz