Kałuża



Tramwaj zaśpiewał na zakręcie.

Wagon zakołysał się, zatrząsł. Dziewczyna w jasnym płaszczu przytrzymała stojącą obok siedzenia dużą, jaskrawoczerwoną walizkę. Strużka wody gwałtownie popłynęła wzdłuż uszczelki okna przy którym siedziała i ledwie zdążyła unieść oparty o nią łokieć. 

Padało odkąd wsiadła. Listopadowy wieczór oszczędził jej przemoczenia, ale teraz deszcz spływał po szybie milionami skrzących się, samobójczych pereł w dół i w dół, ku ziemi. Krople łączyły się, rozpadały, czasem na chwilę przystawały drżąc jak zmarznięte szczenięta, by znów ruszyć dalej mieniąc się swym chwilowym pięknem, w zatracenie.

Pojazd zwolnił i zatrzymał się. Drzwi otworzyły się ze złośliwym trzaskiem, wyraźnie niechętne swej pracy. Wystraszyło ją to za pierwszym razem, ale teraz już była przygotowana. Ktoś za nią wysiadł łomocąc butami, przez środkowe drzwi weszła para przemoczonych młodszych od niej ludzi. Śmiali się mimo to, rozmawiając w tak obcym jej języku, z którego rozumiała zaledwie kilka słów. To miasto było dla niej równie obce. Szorstkie, nierówne, z wymęczonymi przez życie ludźmi o szarych twarzach. Stare, brudne kamienice z odpadającym tynkiem przemieszane z nowymi, kanciastymi  budynkami ze szkła i metalu. Wśród nich opuszczone rudery, na wpół rozebrane domy obnażające mozaikę różnokolorowych ścian i oberwanych tapet . Kałuże połyskujące na nierównych chodnikach. Stare, zajechane samochody.
 Jakże to wszystko inne od jej rodzinnego miasta z jego wymuszonym porządkiem.

Jeszcze tylko trzy przystanki…
Tramwaj jechał teraz wąską ulicą oświetloną żółtym światłem latarń, szarpiąc się czasami na nierównościach szyn jak wystraszone zwierzę. Samochody mijały go szumiąc, łypiąc drapieżnie jasnymi ślepiami.

Przetarła zaparowaną szybę dłonią. Kolorowe kwadraty okien, wymalowane na ciemnych blejtramach mijanych domów, na chwilę ukazywały strzępki czyjegoś życia. Niebieski blask telewizorów, żyrandole, obrazy, zdjęcia na ścianie, czyjeś plecy, cierpiące rośliny w doniczkach na parapetach jak zwierzęta w klatkach, zasłony, firanki , żaluzje. Żółć, czerwień, błękit.

I znów przystanek, znów trzaśnięcie drzwiami. Zimne powietrze wdarło się do wnętrza. Odruchowo poprawiła szal. Nie mogła się teraz przeziębić. Nie ma czasu na chorobę. Za wiele ważnych spraw do załatwienia, właśnie teraz. I studia, trzeba je wreszcie skończyć. Nigdy ją nie ciekawiły, ale rodzice stwierdzili, że to dobry kierunek, że będzie dużo po nim zarabiać, a po za tym zawsze robiła wszystko to czego od niej chcieli. Chociaż po cichu zazdrościła swojej starszej siostrze, że chodziła swoimi własnymi ścieżkami nie oglądając się na ich aprobatę, to nigdy nie potrafiła się im przeciwstawić. Wszelkie próby kończyły się awanturami i wreszcie poddała się. Przecież chcą dla niej dobrze…
Zresztą On też chce żeby je skończyła. Mówi wciąż, że załatwi jej po nich pracę, pobiorą się i będzie ich stać na spłacanie kredytu za dom. Matka powtarza, że On jest najlepszym co jej się mogło przytrafić i żeby się go trzymała. Ona – ta niższa i brzydsza – trzymała się go od ponad dwóch lat, chociaż już nie było tak jak na początku, teraz wciąż obwiniana przez niego o wszystkie kryzysy w ich związku. Raz nawet uderzył ją po pijanemu. Ostatnio coraz częściej się upijał – może to przez nią… Bo nie jest taką jaką chciałby ją widzieć? Ta niższa, niedoskonała…

Zacisnęła dłoń na uchwycie walizki aż pobielały jej kostki dłoni. 

To już chyba tutaj. Przegapiła jeden przystanek? Nie powinna się zamyślać.
Zerwała się z siedzenia. Tramwaj wyhamował powoli, huknęły otwierane z pasją drzwi. Unosząc walizkę zeszła po schodkach na chodnik. Przestało padać. Tylko pojedyncze, zimne krople padały jej na twarz. Wagon za nią zatrzasnął się z powrotem i jęcząc odjechał.

Stała na skrzyżowaniu ulic nieznanego jej miasta. Brudne kamienice wznosiły się za nią i przed nią, latarnie rozlewały szafranowe  światło, nad nimi ciemność, której może dałoby się dotknąć z dachów, gdyby wejść na nie po pajęczynie tramwajowej trakcji rozpostartej między ścianami. Ludzie wokół szli wolniej, szybciej, każdy w myślach już gdzie indziej, nie w tym czasie, nie zwracając na nią uwagi. Nieliczne samochody przejeżdżały spiesząc się gdzieś, jeszcze ścierając z szyb resztki tej jesiennej słoty.

Przed nią na ulicy rozlewała się kałuża. Jeszcze drgała od ostatnich kropel. Zobaczyła w niej swoje odbicie – w jasnym płaszczu z walizką w kolorze krwi, specjalnie kupioną na tę podróż. Ona - ta niższa i brzydsza. Tafla wody uspokoiła się i ujrzała siebie wyraźniej. Dom za nią w odbiciu też stał się wyraźniejszy, jakby czystszy, światła latarni połyskiwały jaśniej, nawet ciemność nieba była głębsza, atramentowa, może nieskończona. Nagle wydało jej się, że to nie jest odbicie w kałuży, tylko spogląda w okno na inne, lustrzane miasto, ukryte tam pod spodem, niewidoczne zazwyczaj pod ulicami, chodnikami, parkami, pod całym tym miejskim brudem i hałasem. A ono cały czas tam było, prawdziwsze i przyjazne, wyciągające do niej swe miękkie dłonie, miasto w którym żyło się pełniej, lepiej, w którym barwy wibrowały, dźwięki był czyste i które ją kochało i akceptowało.  I tylko w czasie deszczu, w tych porozrzucanych szkiełkach można było mu się przyjrzeć choć na chwilę, wyobrazić sobie, że przechadza się po tamtych zwierciadlanych, ukrytych ulicach.

Przyglądała się sobie – tam po drugiej stronie. Dziewczyna z kałuży uniosła rękę i pomachała jej przyjaźnie.

Na chodniku pozostała jaskrawoczerwona walizka.

Komentarze

Popularne posty