Ząb



Huberta nocą rozbolał ząb.

Zaczęło się dość niepostrzeżenie, od lekkich ukłuć w dolnej szczęce. Nie mógł przez to zasnąć, ale „to przecież zaraz przejdzie”, samooszukiwanie musi przecież pomóc... Po czasie nieokreślonym, który jak to bywa przy bezsennym okładaniu twarzy poduszką, mógł być półgodziną, godziną, a może dwugodziną, ukłucia zmieniły się w ciągłe świdrowanie z wyczuwalnymi chwilowymi przyspieszeniami tempa.

Tabletka uśmierzyła ból, ale noc zarwana, rano spuchnięta twarz, czerwone oczy …
I takie to piękne rozpoczęcie urlopu. A popołudniu przecież Kasia, kino, kolacja…

Telefon.
Pani dentystka – „Tak, tak, proszę przyjść o 13-ej”.
Ból wraca, robi się natarczywy. Wpełza pomału, ale wreszcie zagospodarowuje Huberta na swój sposób. Pół dnia już zawłaszczone, tak jak i pieniądze z portfela. Bólopołudnie mija, ubierać się trzeba - gabinet niedaleko, poczekalnia, niech pan wejdzie.

Jasne światło, fotel. Otwieramy usta i który to boli? Doładowanie bólu metalowym szpikulcem. Waciki, suchy język, świst wiertła. Dentystka dowierca się do źródła cierpienia, powiększa otwór, bierze lustereczko i zagląda. Wzdycha niespodziewanie. 

 Bierze ze stolika pincetę i sięga nią w głąb ust Huberta. Delikatnie wyciąga coś z bolącego zęba i kładzie na dłoni. 

Na przecięciu linii losu i rozumu kuli się malutkie, mokre, rude kociątko.

Komentarze

Popularne posty