Pomrok cz.1



Fabryczne okna wpuszczały do hali mdłe, szare światło. Tworzące je kwadraciki były w większości powybijane albo zamazane farbą, czy brudem. Drzewo za jednym z tych okien wyglądało jak niedokończone puzzle, pozostawione przez dziecko, które zainteresowało inna, ciekawsza zabawa.
Klasnęła migawka.
Czarny korpus Nikona ciążył już Anicie w jej szczupłych dłoniach. Odgarnęła jasne włosy z czoła. Jak na czerwcowy dzień było pochmurno i dość chłodno. Żałowała, że nie ubrała się cieplej. Pewnie będzie padać…

- Hej , Nitka! – zawołał Piter z drugiego końca sali – Chodź tutaj! Zobacz!
- Bądźcie ciszej – odezwał się Artur – jeszcze nas usłyszą i będą problemy.
Młody mężczyzna w czarnej bluzie z kapturem obejrzał się w stronę okna.
- Pamiętajcie, że jesteśmy tu nielegalnie. Za dwa dni zaczną to wszystko wyburzać i nic tu nie zostanie.  Cieszcie się, że możecie to jeszcze zobaczyć.
Anita cieszyła się.  Będzie miała ostatnie zdjęcia z fabryki Heinzmanna. Niedługo zrównają ją z ziemią i wybudują jakieś biura, czy coś. Uwielbiała stare łódzkie fabryki i żałowała, że coraz mniej ich zostaje w niezmienionej formie.

Artura poznała przypadkiem podczas Nocy Muzeów w Białej Fabryce. Też fascynowały go industrialne klimaty i opuszczone miejsca.   Zaproponował, że pokaże jej fabrykę Karla Heinzmanna zanim rozpoczną jej rozbiórkę. Teren był dobrze ogrodzony, ale Artur znał przejście. Obiecał, że ją oprowadzi po wszystkich zakamarkach. Oczywiście nie musi przyjść sama…
Musiała przyznać, że podobał jej się. Piter jest  fajny, ale Artur… Długowłosy, blady, ubrany na czarno. Jest taki tajemniczy, inteligentny, podniecający. Musi się później jeszcze z nim zobaczyć, ale bez Pitera. Zadzwoni do niego, że chce się spotkać, pokazać zdjęcia…

Zrobiła jeszcze jedno zdjęcie okien i ruszyła po popękanej betonowej posadzce w kierunku swojego chłopaka. Pośrodku minęła Krzycha robiącego sobie selfie na tle nabazgranego na filarze napisu „Roman to knypek”.
- Kończymy już? Weź Nitka, już starczy może tych zdjęć? Łazimy po tym syfie z dwie godziny. Zgłodniałem, poszlibyśmy na jakąś szamę do Offu, czy gdzieś…
- Przecież widziałam jak jadłeś jakieś batony przed chwilą.
-  Eee, co to dla mnie. Ledwie zagłuszyłem głód – wyszczerzył brodatą twarz i poklepał się po wydatnym brzuchu – ja mam duże potrzeby!

Westchnęła i ruszyła dalej. Podłoga pełna była gruzu, brudu i potłuczonego szkła. Pod jedną ze ścian stała pusta butelka po Czystej Żołądkowej Gorzkiej, a pod środkowym filarem leżał samotny czerwony adidas.  Idąc przyłożyła wizjer aparatu do oka, próbując złapać jakieś ciekawe ujęcie.
Nagle ktoś zatrzymał ją łapiąc za rękę. Gwałtownie oderwała aparat od oka.
- Uważaj – powiedział stojący przed nią Artur wskazując na pokaźną dziurę wybitą w podłodze  jakieś dwa kroki od niej – mogłaś wpaść.
Przez moment zrobiło jej się zimno. Faktycznie – mogła tam wlecieć, a przynajmniej się przewrócić.
- Dzięki, nie uważałam.
- Wpadłabyś do piwnicy. Zejdziemy tam za chwilę, ale w bezpieczniejszy sposób.
Spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się  i puścił jej ramię. Była pewna, że w jego spojrzeniu było coś… łakomego.
- O Jezu. Podobam mu się. To pewne. – pomyślała. Uważała się za całkiem ładną i zgrabną. Może tylko ten nos trochę nie taki, no i jeszcze tam i ówdzie mogłoby być więcej…
Przez chwilę zastanowiło ją dlaczego nie widziała go przez obiektyw, chociaż stał tuż przed nią, ale ruszyła dalej.

Piter gapił się na ścianę przed nim.
- Patrz na to – powiedział gdy stanęła obok – zajebiste!
Brudną, pomalowaną na już teraz wyblakły pomarańczowy kolor pokrywały stare plakaty, chyba jeszcze z lat 80-ych ubiegłego wieku. Pomarszczone, zesztywniałe, naddarte, wyprane z dawnej chwały, tak jak osoby które przedstawiały.
- Patrz – Modern Talking, a tu Shakin’ Stevens. O – młody George Michael! I patrz jaka cycata blondyna!
- Nie mów tak przy mnie.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- No OK. Fajne plakaty. Dzięki, że mnie zawołałeś. – poklepała go po plecach.

- Droga wycieczko – schodzimy do podziemi! – zawołał  z uśmiechem Artur.
Poprowadził ich do klatki schodowej. Zielona lamperia złuszczała się z jej ścian jak skóra wielkiego liniejącego węża.
Pomieszczenie pod halą było niskie, pachnące kurzem i stęchlizną. Było ciemniej, niż na górze. Promienie słońca wpadały do niego przez małe zakurzone okna pod sufitem. Anita zauważyła też światło wpadające przez otwór, w  który o mało nie wpadła. Pod ścianami walały się jakieś nierozpoznawalne śmieci.
- Chodźcie dalej, coś wam pokażę. – ich ubrany na czarno przewodnik, zaprosił ich gestem dalej.

Przestawiła ISO w lustrzance i ruszyła za resztą we wskazanym kierunku. 

cdn

Komentarze

Popularne posty