A gdyby tu była szkoła w przyszłości…
A gdyby tak za …siąt lat ludzkość pomnożyła się
kilkukrotnie – nie pomagają tłumaczenia, uświadamiania, epidemie, przymusowe
aborcje. Homo sapiens mnoży się jak muszka owocówka i świat zalany jest już
dwunożnymi samoświadomymi istotami wszelkiej płci i rasy. Brakuje miejsca, dawno
zniknęły lasy, pola i łąki, miasta buduje się piętrowe, ulice mają
pięciocyfrowe numery i bez GPS-a mało kto trafia do domu.
Oczywiście przemiliardy ludzi oznaczają też miliardy dzieci.
A tym nieprzebranym rzeszom rozwydrzonych bachorów należy przecież wcisnąć do
głów choć odrobinę zupełnie niepotrzebnej im wiedzy i wtłamsić w przyciasną,
kanciastą formę społeczeństwa. Zatem buduje się szkoły. Setki, tysiące, miliony
szkół…
I tu pojawia się istotny problem. Numer szkoły to jedno, ale
szkoła przecież musi mieć patrona! A olbrzymia człowiecza rodzina choć liczna,
to ostatnimi czasy coraz mniej skłonna do wybitności w jakiejkolwiek
dziedzinie. Byle skonsumować i szybko wydalić.
Jako że zużyto już dawne wszystkie klasyczne wielkie
nazwiska i w miarę istotne jednostki zaczęto szukać każdego kto by w jakikolwiek
sposób się nadał. Chociażby działacze dzielnicowi, przegrani sportowcy, aktorzy
seriali, zabrano się za magistrów i artystów z choćby jedną wystawą. A i
oczywiście literaci. Wykorzystano nawet autorów kryminałów, podręczników NLP,
książek kucharskich i romansów, ale to wciąż mało! Przekopano wreszcie archiwa
Internetu i dobrano się do bloggerów, i każdego kto cokolwiek w sieci opublikował.
I w końcu znaleźli to opowiadanko!
M…n K..K się nada! Dawajże go!
M…n K..K się nada! Dawajże go!
I zaczęło się. Nowa pachnąca świeżą farbą olejną świątynia
oświaty, tablica z nazwą, poczet sztandarowy, przemówienie na otwarcie, portret
na ścianie, dołączenie do kanonu lektur itp. itd.
Potem dzieciaki z innych szkół zaczynają przezywać uczniów tej szkoły od K..ków,
a rodzice zastanawiają się, czy zapisać tam dzieci. Jeśli szkoła ma dobrą
renomę, to meldują je fikcyjnie żeby się dostały z rejonu, wręczają łapówki,
wykorzystują znajomości… Albo wręcz przeciwnie – szkoła jest słaba („Uuu po
K..ku to ona się nigdzie nie dostanie”) i lądują w niej tylko najmniej
inteligentni, mający niezaradnych rodziców i przyszli właściciele dużych hurtowni.
I tak moje nazwisko wiedzie sobie swój własny, oddzielony od
mojej całkiem już tego nieświadomej osoby, żywot. Może budzi pozytywne
skojarzenia radośnie spędzonego dzieciństwa, a może setki absolwentów wzdryga
się na jego wspomnienie, próbując tamten czas wymazać z pamięci uporczywie nie
stawiając się na usilnie organizowane co roku spotkania klasowe.
I po co mi było to pisać...
Komentarze
Prześlij komentarz